Rozmowa (dys)kwalifikacyjna
Sprzedaż jest chyba w każdej firmie działem, na którym ciąży brzemię podwyższonej rotacji pracowników. To właśnie dlatego w poniedziałkowym dodatku ogłoszeniowym do Gazety Wyborczej najwięcej stron liczy sobie dział “sprzedaż i marketing”, przy czym oferowanych tam stanowisk związanych z marketingiem jest naprawdę niewiele.
A propos “marketingowca”. Taki kwiatek pojawił się kilka miesięcy temu na jednym z portali ogłoszeniowych:
Stanowisko: Marketingowiec
Miejscowość: Czechowice
Treść:
Oferujemy pracę dorywczą (umowa zlecenie) polegającą na rozdawaniu cukierków w przebraniu wiewiórki.
Praca 3-4 godziny dziennie.
Ale wróćmy do tematu. Otóż także w naszej firmie istnieje dość poważny problem kadrowy. Mimo że jest to Wielka Zagraniczna Znana Korporacja, ludzie jakoś nie pchają się do działu sprzedaży drzwiami i oknami.
Zdaniem Kompetencji dzieje się tak dlatego, że potencjalni kandydaci nie mają odwagi aplikować do tak znanej firmy. – Kochani, tutaj działa mechanizm psychologiczny – mówi. – Praca w firmie takiej jak nasza jest marzeniem większości osób z zewnątrz. Ludzie mają wyobrażenie, że ustawiają się do nas kolejki. Obawiają się więc tak wielkiej konkurencji, ponieważ nie są w stanie znieść ewentualnej porażki – przecież jest tylko jeden wakat. W efekcie rezygnują, a do nas wpływają jedynie aplikacje tych najodważniejszych. No bo przecież warunki pracy oferowane przez Firmę są doskonałe i wszyscy szaleją ze szczęścia w dniu wypłaty! Taa, jasne…
Jak już wcześniej wspominałem, Kompetencja nie potrzebuje pomocy HRu w procesie rekrutacyjnym. Samodzielnie redaguje ogłoszenie, zbiera aplikacje, zapoznaje się z CV i listami motywacyjnymi kandydatów i w końcu przeprowadza rozmowy kwalifikacyjne.
Zawsze gotowa dzielić się doświadczeniem z podopiecznymi, chętnie udziela im wyjaśnień na temat oceniania CV: – Zobaczcie, jaką śmieszną fryzurę ma ta dziewczyna! – albo - Facet ma 38 lat i jest kawalerem. Pewnie gej… – oraz - Hmmm… 23 lata, całkiem ładna, mężatka. Pewnie wpadła i szuka sponsoringu na czas macierzyńskiego. Wybór jest naprawdę trudny.
W końcu Kompetencja jednak wybierze kandydata. A idealny kandydat to osoba młodsza od niej, z niewielkim doświadczeniem, najchętniej kobieta, której “dobrze patrzy z oczu”. Taką osobę Kompetencja będzie mogła ugniatać i wałkować, niczym plastyczną masę, aż uzyska pożądany kształt – stworzy sobie niewolnika. To znaczy pracownika doskonałego. Wykształcenie, kwalifikacje są drugorzędne, a wręcz mogą przeszkadzać.
“Kandydat”, a właściwie “ofiara” zjawia się punktualnie na umówioną rozmowę kwalifikacyjną w pełnym rynsztunku – wygląda schludnie i elegancko. Natomiast Kompetencja uważa, że potencjalny pracownik już od samego początku powinien znać swoje miejsce. Nie zamierza traktować go wyjątkowo. Zawsze się więc spóźnia, a ubrana jest tak, jak zwykle. Złośliwi nazywają jej codzienny ubiór “podomką”.
Sama rozmowa jest z całą pewnością niezwykle stresująca dla kandydata i będzie ją jeszcze długo wspominał. Najpierw dziwna kobieta w czymś przypominającym koszulę nocną okazuje się jego ewentualną przyszłą szefową. Następnie okazuje się, że zamiast rozmowy, jest monolog. Monolog, trwający kilkadziesiąt minut, ma za zadanie przybliżyć kandydatowi specyfikę branży, wymagania wobec pracowników, pomysły na rozwój produktów, poglądy dotyczące rynku pracy, uwagi na temat poziomu edukacji w Polsce, gorące plotki na temat córki Prezesa oraz wakacyjne plany Kompetencji. To wszystko w małym, szczelnie zamkniętym, napalonym (Kompetencja jest zmarzluchem) gabinecie. Z pełnym pęcherzem (“Może jeszcze jedną kawkę?”) i burczącym z głodu brzuchem (bo “tuż przed obiadem najlepiej się rozmawia – to najlepsza pora na spotkania”) nasz kandydat marzy już tylko o tym, aby wyjść, wysikać się, odetchnąć świeżym, rześkim powietrzem i zjeść cokolwiek. I odrobinkę kojącej ciszy, jeśli można…
Ale nie ma tak dobrze. Po minimum 90 minutach “rozmowy”, Kompetencja przystępuje do negocjacji.
- Drogi Kandydacie. – zaczyna – Po zapoznaniu się z Twoim CV muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem. Twoje doświadczenie, wykształcenie i predyspozycje wskazują, iż jesteś dla nas idealnym kandydatem. Bardzo bym chciała, abyś u nas pracował, sądzę, że mógłbyś wnieść wiele do naszej firmy. Twoje zaangażowanie i zapał do pracy stanowi podstawę by sądzić, iż będziesz bardzo wydajnym pracownikiem. Ile chciałbyś zarabiać?
- W sumie to… – kandydat chyba usłyszał coś o pieniądzach. Skoro tak dobrze wypadł, to chyba warto zagrać Va Bank? – Sześć tysięcy złotych – strzela.
- Mówi Pan tutaj oczywiście o podstawie? - Kompetencja próbuje się upewnić – Do tego prowizja od sprzedaży, tak? – kandydat czuje już, że zaraz się cały obślini. Sześć tysi to według niej mało? Bierz więcej! Bierz więcej!
- Oczywiście. Liczę przynajmniej na drugie tyle z prowizji – zachowuje pokerową minę, ale czuje, że zaraz zemdleje.
- Rozumiem więc, że chciałby Pan zarabiać ponad 12 tysięcy złotych miesięcznie. – nasza mistrzyni sztuki negocjacji potwierdza, że poprawnie zarejestrowała warunki kandydata.
12 tysięcy złotych miesięcznie. Dwa-naś-cie ty-się-cy polskich nowych złotych każdego miesiąca. Tyle, ile zarobił przez cały ubiegły rok, dostanie w ciągu jednego miesiąca. Każdego miesiąca. Nowy samochód kupiony za gotówkę już za pół roku… Albo trzypokojowe mieszkanie w kredycie na jedyne 10, a nie 40 lat już za 3 miesiące.
- Tak. – rzuca krótko kandydat, zajęty układaniem listy dóbr, które kupi za pierwszą wypłatę.
- Oczywiście nie odpowiem Panu w tej chwili. Dam znać do końca tygodnia – po czym następuje zwyczajowe odprowadzenie otumanionego kandydata do drzwi.
- Kochani, miałam przed chwilą bardzo ciekawą rozmowę z kandydatem do naszego działu. – Kompetencja uwielbia dzielić się swoimi doświadczeniami ze swoimi owieczkami – Jest idealny: ma doświadczenie, jest wykształcony, wygadany, sympatyczny. Niestety ma ogromne wymagania finansowe. – Czy ona powie teraz coś o pieniądzach? Słuch wszystkich obecnych nagle przestawia się z “ignore” na “attention” – Nie chciał nawet negocjować, wyraźnie zależało mu tylko na pieniądzach. Nie mogę przecież zatrudnić kogoś takiego…
Cudowne. Z życia wzięte :)
klipnicki
styczeń 24, 2008 at 11:03